Moja pierwsza wyprawa reporterska do Wrocławia
Autor: Adam Białobłocki   
28.08.2008.

Na początku lutego 1945 roku, gdy wyraźnie kończyło się hitlerowskie władztwo na ziemiach polskich powstały coraz bliższe możliwości powrotu dla przymusowo wysiedlonych Wielkopolan na swoje ziemie ojczyste. Jako wysiedlony z Poznania mogłem już wrócić z Kielc do swego domu. W Poznaniu kończył się już stan oblężenia, reszta wojsk niemieckich broniła się bez nadziei w murach cytadeli, nasi zaś w błyskawicznym tempie wracali do swoich przedwojennych siedzib, na swoje mieszkania, same walki już ucichły.

Adam Białobłocki

Moje przedwojenne mieszkanie przy pl. Sapieżyńskim (dziś pl. Wielkopolskim) znalazłem całkowicie zniszczone, spalone, dziś stoi tam nowy dom, a sama uszczuplona mocno rodzina znalazła się tam, dokąd nas skierował los, co w wielu miejscach tworzyło lokalne konflikty pomiędzy dawnymi i nowymi mieszkańcami obiektu. Nasi poznaniacy młodego pokolenia nie zdają sobie sprawy, że miasto było wg. urzędowych ustaleń w około 40 procentach nienadające się do zamieszkania i siłą rzeczy lokowaliśmy się tam, przy znacznym zagęszczeniu mieszkańców. Mimo wszystko na przekór nielicznym udrękom miasto szybko podnosiło się z ruin i to co trzeba wyraźnie podkreślić - głównie z własnych środków i poznańskiej zapobiegliwości. Praktycznie wszyscy mieszkańcy przykładali się do likwidacji szkód wojennych i odbudowy miasta. Osobiście byłem w trakcie kontynuacji studiów chemii. Ruina uczelni (Collegium Chemicum) dopingowała nas do przyspieszenia prac laboratoryjnych i nauki, bez przerwy - my przedwojenni studenci pracowaliśmy przy odgruzowywaniu i remoncie pomieszczeń, aby w ten sposób jak najszybciej ukończyć studia i “stanąć na własnych nogach". Przy tym nie stroniąc od żadnej pracy. Mnie osobiście udało się zdobyć krótkotrwałą “posadę" reportera “Głosu Wielkopolskiego", którą nastręczył mi kolega - maturzysta z Gimnazjum św. Marii Magdaleny, późniejszy redaktor Teodor Smiełowski, w dniu 10 maja 1945 r. Oczywiście nie otrzymałem żadnych wskazówek, ani materiałów informacyjnych bo takich nie było “dziennikarzu radź sobie sam" - wyruszyłem więc w drogę, nie wiedząc co mnie czeka, żegnany krótkim “Szczęść Boże". Już na samym początku jazdy koleją na stacji Poznań Gł. w kierunku Rawicza (tam koniec kursu kolei) zaczęły się nieoczekiwane przygody: Przez kolejne wagony składu przechodziła “straż" poszukująca niby to “germańców" - a faktycznie miała to być rewizja prowadzona przez osobników ubranych w niezbyt czytelne mundury podzielona na dwa zespoły: jeden zespół operował wewnątrz wagonów, drugi zaś zespół podążał peronem wzdłuż badanego wagonu równolegle z pierwszym zespołem. Pierwszy zespół wewnątrz wagonów zabierał wg. swego uznania podejrzane (tj. ,większe) pakunki i przez otwarte okno lub drzwi bez otwierania i bez żadnego badania wyrzucał na zewnątrz. Wyrzucane przedmioty wyłapywali członkowie zewnętrznego zespołu i ładowali na prowadzone przez siebie wózki. Na końcu składu pociągu obie grupy łączyły się razem i wraz z wózkami znikały bez śladu. (przypisek redaktorski: Zapewne związani czasem kolejowym oba zespoły nie miały możliwości wylegitymowania podróżnych, ani też zbadania zawartości bagażu). Kto z podróżnych miał jakieś większe pakunki, mógł się najpewniej z nimi pożegnać. Oczywiście im pociąg dłuższy, tym ilość zawracanych wózków była większa, pasażerów po przeprowadzonych badaniach swobodnie przepuszczano, a ostatnich w Rawiczu poprostu z wagonów wypędzano. Jako dalszy etap mojej reporterskiej wyprawy wskazano mi Trzebnicę, gdzie ustanowiono pierwszą siedzibę organizujących się władz polskich w randze stolicy wojewódzkiej, a funkcje wojewody przekazano w ręce mgr. Stanisława Piaskowskiego, którego głównym zadaniem było stworzenie od podstaw organizacji powiatów i powołanie obsady personalnej dla władz tychże powiatów. Odległość od Rawicza do Trzebnicy - przez Żmigród i Prusicę wynosi ok. 50 km. Przebycie jej możliwe było (wobec nieistniejącej kolei) jedynie samochodem, praktycznie tylko na zasadzie uprzejmości kierowcy, ale bez żadnej gwarancji bezpieczeństwa i dotarcia do upragnionego celu. Miałem to szczęście, że znalazł się jakiś życzliwy kierowca rosyjski jadący przez Trzebnicę i zawiózł mnie na miejsce, tak więc jeszcze tego samego dnia znalazłem się w Trzebnicy, udało mi się odnaleźć mojego brata, a przez niego miejsce w noclegowni Urzędu Wojewódzkiego. W następnym dniu, tj. po szczęśliwym dotarciu do Trzebnicy zameldowałem się osobiście u Wojewody. Piaskowski był zaskoczony moją wizytą, przywitał mnie serdecznie jako pierwszego dziennikarza polskiego na ziemiach odzyskanych. Zgłosiłem mu zlecone mi zadanie reporterskie. Na samym wstępie powiedział mi krótko: pracy na miejscu mam aż nadto dużo, ale zamiast wywiadu będziesz mógł naszą pracę zaobserwować na miejscu (kazał do swego pokoju wnieść jedno dodatkowe biurko, siedzieć na miejscu i obserwować to, co u nas się robi). A zresztą, jako dziennikarz musisz wiedzieć co masz robić. Z tych obserwacji pamiętam bieżące dyskusje i wydawane, zdecydowane decyzje wojewody. W ten sposób stałem się współpracownikiem. Byłem świadkiem wielu czynności nowopowołanych władz powiatowych, powoływaniu obsad personalnych w terenie i ustawiania szczególnych zadań dla wybranych urzędników. Z tych obserwacji pamiętam ożywioną dyskusje i w konsekwencji ustanowienie organizacji powiatu lwóweckiego oraz jeszcze jednego ze skrajnych (nie pamiętam dokładnie był to może Lubań). Pamiętam też nazwisko inż. Felińskiego organizatora pionu budownictwa, w tym pionie oprócz mojego brata pracował znany mi fachowiec, kolega budowniczy p. Andrzejewski. W pionie budownictwa byli jeszcze inni, których nazwisk już nie pamiętam. Szczytowym okresem mojej wyprawy reporterskiej były dni 13-14 maja, kiedy otrzymałem zezwolenie wyjazdu z Trzebnicy do Wrocławia. Pamiętam, że całe południe miasta, za oczywiście - nieczynną główna linią kolejową odgrodzoną od śródmieścia sztucznie zbudowaną zaporą. Na miejscu od wojskowych i wracających z robót przymusowych Polaków usłyszałem, że wypalenie południowej części miasta było końcowym punktem oporu wojsk niemieckich. Ostatni zaś taktyczny opór miał miejsce na terenie śródmieścia. Właśnie w czasie mego pobytu we Wrocławiu wygasał pożar rejonu dzisiejszej ulicy Oleśnickiej, Poniatowskiego i Jedności Narodowej. Cały ten rejon później po wojnie - nazwano Placem Pionierów Wrocławia. Dopalały się jeszcze okolice ulicy Oławskiej, Kuźniczej i Szewskiej - tymi ulicami konwojowano jeńców niemieckich pod niewielką eskortą żołnierzy polskich. Żadnego oporu wojskowego ze strony jeńców już nie było. Ze znalezionych zapasów żywności organizowano kuchnie polowe, w których bezpłatnie wędrowcom polskim wydawano żywność. Na narożniku ulic Oleśnickiej i Poniatowskiego mieścił się pierwszy we Wrocławiu posterunek milicji (z 3 osobową załogą!). W pobliskiej szkole tworzył się tymczasowy Urząd Miejski, siedziba Prezydenta Bolesława Drobnera, z którym jednak nie udało mi się przeprowadzić wywiadu. Obok, przy ul. Kilinskiego mieściła się pierwsza baza Polskiej Partii Robotniczej. W ostatniej minucie mego pobytu we Wrocławiu, na południu od nieczynnej linii kolejowej, niespodziewanie wyskoczył na mnie, niemal zderzył się ze mną żołnierz w policyjnym mundurze niemieckim, wg. mojej oceny: uzbrojony, ja sam broni nie posiadałem. Zaskoczenie było wzajemne i obydwaj odskoczyliśmy od siebie. Mój spokojny ruch nie wywołał ruchu agresji i na wzajemnym odskoku zderzenie się skończyło. Do Trzebnicy wróciłem bez specjalnych kłopotów - w Trzebnicy czekał na mnie jakiś bezpański rower i wyruszyłem na Poznań. Tuż za Żmigrodem zatrzymała Polaków jakaś wojskowa łapanka i jacyś żołnierze pogonili nas do pracy, tj. do pomocy przy ładowaniu leżącego “kukuruźnika" strąconego nad polem. Nas kilkunastu wędrowców ciężko wymęczonych przy załadowywaniu na wóz ciężarowy - po wykonaniu zadania wypuszczono i pozwolono odjechać do Rawicza i na tej czynności moja wyprawa “reporterska" się skończyła. Sprawozdanie reporterskie zostało wydrukowane 19.06.1945 r.

 
Parse error: syntax error, unexpected T_LNUMBER in /components/com_sef/cache/shCacheContent.php on line 11826